Nie jestem social

Pod takim zdjęciem w tle na Facebooku Bartek wrzucił komentarz, że to trochę hipokryzja. Polubiłem.
Kilka lat temu, zanim skasowałem poprzedni profil, a w zasadzie go dezaktywowałem, bo skasować się nie da, takie właśnie motto było na nim wpisane. Nie jestem social. Dezaktywowałem, bo faktycznie nie służył mi do niczego.
Dziś piszę bloga, nagrywam podkast, próbuję sił w kursach online, myślę o kolejnych projektach… w teorii trudno byłoby istnieć w Internecie bez istnienia w mediach społecznościowych. W teorii.

W praktyce nie jara mnie (z całym szacunkiem do ludzi, których to jara – nie mnie oceniać) wrzucanie zdjęć z każdej chwili swojego życia, prywatnego czy zawodowego. Prym wiodą tutaj relacje na instagramie: jadę do pracy, kupuję hot doga, opalam się, rozpakowuję prezent itp. Rozumiem, że ktoś może uważać, że takie zdjęcia / filmy budują markę danej osoby (oraz markę jej biznesu), jako kogoś takiego samego, jak my – odbiorcy. Ale czy faktycznie przy każdej czynności, którą właśnie wykonuję, muszę odpalić telefon, zrobić zdjęcie, oprawić śmiesznymi grafikami, wrzucić na profil i liczyć lajki? Czy dzięki temu moi odbiorcy będą mnie bardziej lubić? W sumie „lubią to”, co robię, więc pewnie polubią też moje produkty…

Łatwo jest kliknąć lajka lub serduszko. Trudniej wstawić kilka słów komentarza. Jeszcze trudniej udostępnić na swoim lub czyimś wallu. A jak trudno wyciągnąć portfel i zapłacić za to, co ktoś tworzy?
Mam za sobą jednego bloga, właśnie umiera śmiercią naturalną. Wejść czasem było zaskakująco dużo, czasem wcale. Mam jeden podkast, wspólny. Odsłuchy są, czasem więcej, czasem mniej. Jakoś za bardzo nie promowałem bloga, za bardzo nie promuję też podkastu. Choć było kilka zabaw z reklamami na FB, zdjęciami z Canvy, relacjami na Insta. I choć był taki moment, w którym kolega powiedział mi, że się boi, że zaraz wyskoczę z lodówki (a publikowałem tylko jeden post i jedną relację dziennie), czym bardziej się w to wciągałem, tym bardziej mnie to męczyło.
Dziś do głowy wpadło mi porównanie portali społecznościowych do cytryny – wiesz, że jest cholernie kwaśna, ale zjesz. Nawet się nieźle przy tym uśmiejesz ze znajomymi. Ale gdybyś tak miał jeść ją codziennie, lub kilka dziennie – znienawidziłbyś na długo wszystkie cytrusy. Wiem, że porównanie nie jest super lotne, ale jest wystarczająco dobre.

Są osoby, które czują się w social media jak ryby w wodzie. Ja tak nie mam. A jednak dalej chcę działać w tym „biznesie”. Nieidealnie, ale po swojemu. Wystarczająco dobrze. W chwili, kiedy to piszę, mam tylko wykupioną domenę i hosting, kupiony szablon do wordpressa – reszta pracy jeszcze przede mną. Ale piszę, bo czuję taką potrzebę. Również coś nagram, jeśli stwierdzę, że podkast będzie właściwym medium do wyrażenia tego, co mam w głowie.

Czego możesz się spodziewać? Braku perfekcjonizmu, nieidealności, kwestionowania status quo (lubię ten zwrot), obrotu o 360 stopni (wyjaśnię w innym wpisie), trochę prowokacji.. i nie wiem jeszcze czego.

Jeśli jesteś zainteresowany, zapisz się na newsletter – powiadomię Cię o nowych wpisach.
Jeśli zaangażuję Cię do wymiany zdania – czuj się komfortowo tutaj lub na fanpage „znienawidzonych” mediów społecznościowych. Ale nie lajkuj dla lajkowania, bo scrollujesz newsy i spodoba Ci się zdjęcie. Wolę szczery feedback. Dzięki.

Aha, miałem napisać, że zrobiłem czystkę na FB i Insta – ze wszystkich grup zostały mi trzy, osoby obserwowane spadły do wartości bliskiej zeru. Dioda w moim Note przestała migać. Nawet wyszedłem dziś na spacer z synem i zapomniałem telefonu. Trochę tak, jak bez ręki, w kieszeni tylko klucze, brak portfela, pieniędzy, karty.. ale po kilku minutach luźna kieszeń w spodniach i stuprocentowe skupienie na dziecku pozwoliło przykryć ww. „dyskomfort”. Nawet zwiększyła się moja uważność (jest takie określenie?), bo bez telefonu ciężko wezwać jakąkolwiek pomoc, więc lepiej nie prowokować.