Nie jesteś niezastąpiony

Lubię zdania z podwójnym zaprzeczeniem, ale nie lubię takich pytań. Taka dygresja na początek.

Pracowałem kiedyś w jednym z czołowych polskich banków, na stanowisku doradcy klienta, jakieś 4 lata w ciągu. Przez te 4 lata udało mi się zbudować całkiem dobrą markę – przeszedłem wszystkie egzaminy i kolejne stopnie tytułów doradcy (nie będę wymieniał, bo wyjdzie na jaw, o jakim banku mówię), cele sprzedażowe realizowałem bez większych problemów, otrzymywałem i realizowałem zadania dalece wykraczające poza standardowy zakres obowiązków – szkolenia dla doradców i dyrektorów z produktów inwestycyjnych, wdrażanie nowych osób, tworzenie analiz i prognoz rynku funduszy inwestycyjnych, mentoring w projekcie transformacji sieci. I to wszystko robił zwykły doradca klienta. Gdzieś w mojej głowie zrodziło się przekonanie, że nie jestem taki zwykły, a że byłem dość młodą osobą – poczułem, że jestem niezastąpiony.


Artykuł dostępny również w wersji audio:


Niestety, ani ówczesny przełożony, ani jego przełożony, z którym współpracowałem przy ww. projektach, nie potrafili popchnąć mnie dalej w ścieżce rozwoju (nazwijmy to: z blanchardowej 3 na 4) i po odrzuceniu (w mało biznesowy sposób) mojej kandydatury na stanowisko, na którym mi zależało, a także rozpoczęcie procesów zmian w strukturze, których zwolennikiem nie byłem – moja motywacja bardzo zaczęła pikować w dół. Efekt był taki, że po powrocie z 3 tygodniowego urlopu, po kilku dniach pracy położyłem papier. Co sobie wtedy myślałem? „Ale się przetoczy fala po regionie! Chojnowski się zwalnia!”. I myślałem, że wszyscy staną na głowie, żeby mnie zatrzymać.
No cóż, zapewne domyślasz się, że tak się nie stało. Mój przełożony przyjął pismo, podpisał i zapytał jak długo będę jeszcze przychodzić do pracy, a kiedy idę na L4. Jego przełożony nie zaszczycił mnie nawet mailem, już nie mówiąc o telefonie czy spotkaniu, a pracowałem jeszcze jakieś 2 miesiące na wypowiedzeniu, więc szans na rozmowę było sporo. W 3 miesiącu wypowiedzenia faktycznie poszedłem na L4, pełen frustracji i rozczarowania. Na moje miejsce został zatrudniony jakiś świeżak. A taki byłem cenny..

Nie powiem, bo osoby, które znały mnie trochę lepiej, faktycznie się zdziwiły, że odchodzę tak, po prostu. Ale na tym zdziwieniu się skończyło.. Gdzieś tam po mnie zostało tylko tyle, że byłem dobrym pracownikiem. A może aż tyle?

Internet jest jeszcze bardziej bezlitosny. W świecie wirtualnym zapomną o Tobie jeszcze szybciej, niż w rzeczywistym. Ktoś wchodzi na Twojego bloga, słucha podkastu, obserwuje fanpage, może nawet dzieli się ze znajomymi Twoją twórczością. Wystarczy, że znikniesz na jakiś czas (krótszy, jeśli byłeś mniej wyrazisty, dłuższy, jeśli miałeś tzw. wiernych fanów), razem z Tobą znika pamięć o Tobie i tym, co robiłeś.
W dniu, w którym piszę ten art (czyli 23 sierpnia 2018) wygasa domena „ekonomisty za dychę” – mojego pierwszego bloga. Nie publikowałem tam nic już od miesiąca, może dwóch. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z osób, które regularnie go czytały odezwały się do mnie z pytaniem „hej! Dawno nic nie napisałeś! Kiedy nowe artykuły?”. Co najwyżej mój kolega z pracy, najwierniejszy fan skwituje: „szkoda, że już nie piszesz, ale rozumiem”. I na tym „marka” ekonomisty za dychę się zakończy.

Nie piszę tego, żeby się wyżalić (no może trochę..) – doskonale zdaję sobie sprawę, jak dziś pędzimy. Również nie mam do nikogo o nic pretensji, byłaby to hipokryzja, ponieważ sam robię tak samo. Jestem jakiś czas z jakimś twórcą, którego cenię, czytam, słucham, udostępniam, komentuję, wdrażam jego rady i pomysły. Ale po jakimś czasie temat się wyczerpuje i odchodzę. I nie pamiętam.

Gdzieś na tyłach pamięci gnieżdżą się jakieś wspomnienia: „był taki koleś, fajnie pisał/fajnie nagrywał/dobrze pracował/świetnie prowadził szkolenia/był rewelacyjnym mówcą” itp. Ale to tylko wspomnienia, z dnia na dzień coraz bardziej mgliste.
Nie wracamy do takich rzeczy, bo nie mamy na to czasu. Po prostu. Życie pędzi, a my razem z nim, czy tego chcemy, czy nie. Codziennie zalewają nas terabajty informacji. Nawet jak będziemy starać się nad tym panować i przyjmować tylko to, co nas interesuje, to i tak jest tego na tyle dużo, że mózg musi zwolnić zasoby i wyrzucić coś, do czego nie będzie już wracać. Ewentualnie to zzipuje i upchnie gdzieś w archiwum.

Dlatego, jeśli uważasz, że jesteś niezastąpiony i po Twoim odejściu ktoś będzie za Tobą płakał – przeczytaj jeszcze raz ten artykuł, powoli i ze zrozumieniem.

I jeśli choć jedna osoba po kilku miesiącach wspomni o Tobie: „był dobrym pracownikiem” – możesz mieć satysfakcję z tego, co zrobiłeś. Większość jest po prostu szarą masą, której się nie pamięta.