Pieprzyć rozwój osobisty

Zalewa nas fala kursów, szkoleń, warsztatów. Dobrych, słabych, lepszych i gorszych. Ucz się języków, ucz się programować, ucz się prowadzić profil na Instagramie i.. hit dzisiejszego dnia – ucz się odpieluchowywać swoje dziecko. Online. Cytując klasyka: “a na końcu jednorożce rzygają tęczą”.


Artykuł dostępny również w wersji audio:


Nie od dziś czuć presję na rozwój osobisty. Trwa to już od lat, ale mam wrażenie, że nigdy wcześniej nie było to aż tak nachalne. Tak jak reklamy leków i suplementów diety zalewają świat tv, tak samo reklamy wszelakich kursów zalewają obszar banerów i popupów witryn www. Reklama reklamą, nic w tym niemoralnego, gdyby nie fakt, że większość społeczeństwa nie za bardzo ma ochotę się uczyć czegokolwiek, tylko odwalić swoje przysłowiowe osiem godzin, odbić kartę, iść do domu i robić “nic”. A tak przecież niewolno! To się nazywa marnowanie cennego czasu i potencjału! Jak tak można? Tyle niewykorzystywanych zasobów itd..
Nie ma co ukrywać, od zawsze było tak, że znalazła się garstka ludzi, która chciała mówić reszcie co i jak ma robić, i znalazła się reszta, która chciała słuchać co i jak ma robić. Z tym, że obecnie ta garstka rozrasta się w zastraszającym tempie. Wystarczy wpisać w google “jak” i dowolne słowo, a wyszukiwarka pokaże niezliczoną ilość odnośników do eksperckich artykułów. No właśnie, eksperckich. Ekspertem może nazywać się każdy, kto jest krok-dwa przed Tobą – taka przynajmniej krąży opinia wśród znamienitych twórców internetowych kontentów. Sam prawie w to uwierzyłem – skoro kilka osób się o coś mnie pyta w danej dziedzinie, to dla nich jestem ekspertem. Ba! Nawet autorytetem, a co.
No niezupełnie tak jest..

Ekspercie! Zejdź na ziemię! Stworzysz kurs online, sprzedasz całkiem dobrze, nawet dostaniesz pozytywne opinie od paru osób czy rekomendacje od kolegów z branży. Ogólnie sukces. Nie oznacza to jednak, że jesteś ekspertem w tym, co robisz – po prostu wiesz trochę więcej, jesteś trochę dalej. Prawdopodobnie odbiorcy Twojego kursu w 90% i tak nie zastosują się do Twoich nauk, więc nie masz się co martwić o konkurencję, ale zawsze jest jakaś szansa, że wyprodukujesz tym jakiegoś kolejnego eksperta, który może sam wkrótce stworzy kolejny kurs.. I tak dalej.
Wiem, wiem – odwieczne prawo popytu i podaży. Jakby nie kupowali, to by nie sprzedawali, ale.. litości.

Za przeproszeniem, sram trochę w tym momencie we własne gniazdo, bo jakby nie patrzeć też siedzę w szeroko rozumianej branży sprzedażowo-edukacyjnej, ale czym dłużej w tym jestem, tym bardziej widzę, jak ludzie zaczynają mieć tego dość. Wszyscy każą im się w czymś rozwijać.

Dobrze sprzedajesz, ale jakbyś poprawił ten element, Twój wynik wzrósłby o X%
Zarabia Pani całkiem dobre pieniądze z tej inwestycji, ale gdyby się Pani podszkoliła w XYZ, zyski wzrosłyby o N%
Fajnie, że odkładasz sobie co miesiąc jakieś pieniądze, ale gdybyś rozbudował swój budżet, zobaczyłbyś, że możesz odkładać więcej

I tak w nieskończoność. Presja jest coraz większa i w końcu niektórzy zaczynają czuć, że cokolwiek by nie robili dobrze, zawsze mogą robić to lepiej, bo ktoś tak mówi. Wyjdź ze swojej strefy komfortu! Tylko po co..?

Rafał, pracuję tu już ponad 10 lat. Byłem na wielu szkoleniach. Wiesz, co z nich wyniosłem i stosuję do dziś? Nic.” – powiedział mi kolega, który odkąd pamiętam regularnie miesiąc w miesiąc zamyka plan sprzedażowy. Nie robi tego jakimiś wyrafinowanymi technikami sprzedażowymi, metodami wpływania na ludzi, manipulacją czy innymi NLP. Wypracował sobie własny styl rozmowy z klientem. “Wypraktykował” byłoby chyba lepszym określeniem. I co z tego, że przyjedzie do niego jakiś wykształcony mistrz sprzedaży i wyłoży na złotej tacy stuprocentowo skuteczne, najnowsze, najświeższe, jeszcze ciepłe techniki pracy z klientem i będzie próbował przekonać go, żeby zaczął je stosować, bo są jedynymi słusznymi? Nie przekona.

Ale dzięki nim będziesz sprzedawać więcej!
Ale po co?” – zapewne padłoby w odpowiedzi.

I mistrz sprzedaży mógłby dwoić się i troić w argumentacji, ale betonu nie przebije. Tym bardziej, jeśli ten beton jest solidny i sprawdzony, i nie ma sensu go burzyć, żeby postawić coś nowszego, ładniejszego, pachnącego i z błyskotkami. Życie.

Przylgnęło kiedyś do mnie hasło: “lubi patrzeć, jak ludzie przy nim rosną”. Pewnie, że lubię. Choć nigdy nie sądziłem, że będę potrafił być “nauczycielem”, cieszy mnie jak cholera, jak widzę, że ktoś z powodzeniem stosuje moje propozycje, metody, nawet zalecenia (jeśli o to poprosi), ale doskonale zdaję sobie sprawę, że na 10 osób na salce szkoleniowej, 9 osób puści w eter to, co mam do przekazania, nawet jeśli wszyscy później wystawią mi same “piątki” w ankiecie. “Dobra atmosfera, trener przygotowany, ma wiedzę, fajne przykłady, dobre podejście do tematu i uczestników szkolenia”. Miło się czyta takie rzeczy, prawda? Jednak to tylko dobre wrażenie po spotkaniu z drugim człowiekiem, który zamiast na siłę wciskać im kit, jak to robi większość, mówi im, jak jest naprawdę i nie sili się na wyniosłe słowa. Tylko lub aż. Ale tak czy inaczej wrócą do swojej rzeczywistości i będą robić swoje, po swojemu.  Bo ludzie tacy są i nikt ich na siłę nie zmieni. Bo i po co?

Wracając więc do tematu po tej przydługiej dygresji, ekspercie! Zejdź na ziemię! Nie każdy chce być (naj)lepszy, wielu chce być wystarczająco dobrym, a jeszcze innym wystarczy dobra przeciętność. I ja to szanuję, jak mawia pewien Dawid w reklamie pewnego banku.

Wybaczcie słownictwo w tym wpisie – zdarzyło mi się to pierwszy raz. I pewnie nie ostatni. Rozwijajcie się! Byle z głową.